- Tak, Anita to nasz ekspert od spraw nadnaturalnych. Co my byśmy bez niej zrobili. .
- To Eric – Bill powiedział z wielką satysfakcją. Poruszając się tak szybko, że jego obraz się. - Zoey, nie słuchasz, co mówię.. Baron zerwał się na nogi. Dotknął swego boku, gdzie najpierw go uderzyłam, potem pyszczka, a potem skopanego brzucha, wyliczając w ten sposób swoje obrażenia. Sięgnął łapką do nosa, a ja z zaskoczeniem uświadomiłam sobie, że mnie naśladuje. Baron był człowiekiem!. - Jasne. Przyśrubowana. A bo co?. Odtąd przeorysza przychodziła do niego codziennie. Stawała nad nim i przyglądała mu się bacznie. Nie mógł znieść tego badawczego wzroku. Był pewien, że wie wszystko o jego kłamstwach i udawaniu. Odwracał twarz do ściany i czekał. Zwykle potem badała mu puls i oboje klękali, żeby zmówić Zdrowaś Mario i modlitwę za chorych. Kiedy wychodziła, zamykał oczy i szukał w powietrzu jej zapachu. Ale przeorysza nie pachniała. Uważał też, że była piękna - wysoka, dobrze zbudowana, wydawała się silna i zdrowa. Między przednimi zębami miała furtkę. Któregoś wieczoru przyszła i powiedziała od drzwi, żeby był gotowy do powrotnej drogi. Już się odwróciła i położyła rękę na klamce, gdy Paschalis nagle rzucił się do jej nóg, złapał za habit i przywarł ustami do stóp w wełnianych skarpetach. "Nie oddawaj mnie tam, matko", krzyknął piskliwym głosem. Znieruchomiała i teraz dopiero poczuł jej zapach - kurzu, dymu i mąki. Przywarł do tego zapachu gotowy na wszystko. Po długiej chwili pochyliła się nad nim i podniosła go z klęczek. Opowiedział jej wszystko, nawet o Celestynie. Opowiedział jej o swoim ciele, które nie chciało być takie, jakie było. Na koniec rozpłakał się, a łzy ściekały mu po twarzy i wsiąkały w lnianą koszulę. "Trudno ogarnąć rozumem całe boskie dzieło", westchnęła i spojrzała na niego wzrokiem, w którym pojawił się jakiś dziwny błysk. Chłopiec nie mógł opanować spazmatycznego płaczu. Przeorysza wyszła.. Prócz Flannery’ego, lokaja ghula i mnie.. - Nie nadążam za wami! – pokiwał głową z niedowierzaniem Ateara – Sorry Bell’s ale chyba pójdę do swoich – rzucił na odchodne i już go nie było.. Transport mięsa wyruszył w ciemnościach. Równomiernie skrzypiały drewniane koła wozu, a nad pyskami wołów unosił się jasny obłok ich marznących oddechów. Słońce wschodziło ponad niskim zimowym niebem.